Dakhma

Passageways to Daena (The Concomitant Blessings of Putrescing Impurity) ___2016
Mawiają, że metal to nie rurki z kremem. Ponoć metal to wojna. Dakhma na swojej debiutanckiej płycie zdecydowanie staje po stronie zwolenników takich poglądów. „Passageways to Daena (The Concomitant Blessings of Putrescing Impurity)” to płyta skrajnie radykalna niemal pod każdym względem. Na dodatek równie zawiła i złożona. Czegóż my tu nie mamy! Na pierwszy rzut ucha dominuje ...





Warfist

Metal to the Bone ___2016
Jeśli lubisz metal, to polubisz Warfist. To proste. Niezależnie od tego, czy jesteś zwolennikiem starego speed, thrash, death, black metalu. Warfist gra metal ponad podziałami. "Metal to the Bone" w perfekcyjny sposób łączy niemal wszystko to, co w ekstremalnej muzyce najlepsze. Owszem, słychać że muzyków interesuje głównie "stara szkoła". Równocześnie doskonale...





Mussorgski

Creatio Cosmicam Bestiae ___2016
Ktoś powie, że tak się już nie gra. Przecież klawisze, gitary, black metalowy kontekst, to wszystko już było lata temu i dziś jest już niemodne. Pewnie i było, lecz w konfrontacji z "Creatio Cosmicam Bestiae" przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie. Mussorgski za pomocą swojej najnowszej płyty ilustruje kosmiczną przestrzeń i tylko to się liczy. Efekt jest taki że mam c...





Helheim

landawarijaR ___2017
Dziewiąty duży album płodnych Norwegów, do których, jak mało do kogo, pasuje slogan, że na żadnym albumie dupy nie dali. Osobiście najbardziej cenię ich za fakt, że w dziedzinie zakorzenionej w viking metalu, nigdy nie zamienili się w rubaszną parodię wojów północy jak to często ma niestety miejsce w pogańskiej niszy. Ale do rzeczy. Pomimo podobieństwa tytułów, nowy album nie...





  • Brutal Assault #17, 8-11.8.2012, Josefov, Czechy

    2013-01-07
    Brutal Assault siedemnasta edycja, czysta zagłada dźwiękowa czy zakrzywienie rzeczywistości?! Tak nagłówki mniej lub bardziej znanych czy 'poczytalnych' pism zatytułowałoby artykuł dotyczący tej imprezy. Cóż, moim skromnym zdaniem oba stwierdzenia mają jak najbardziej odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie będę tym razem wnikał kto gdzie leżał, kto kogo lub co przytulał lub jakie hasła wygłaszał stojąc w ultra długiej kolejce po odbiór wejściówek na festiwal zamówionych przez internet. Podobno internet 'ułatwia' nam życie skłaniając do podążania jak najkrótszą i jak najłatwiejszą drogą, tym razem na marne. Nic to, malkontenctwo niczego nie naprawi, piwo w dłoń i ku przygodzie. Nikt nie spodziewał się że organizator pojedzie z aż tak dobrym składem (moim zdaniem, najlepszym w historii). Brakowało tylko paru zespołów a mój plan organizacji '...ion' festiwal miałby miejsce w Jaromer (wystarczyło Incantation i Immolation). Kogo brakowało, chyba tylko Bolt Thrower, za którym pojechałbym na koniec świata.

    Dzień pierwszy, jak zwykle czwartek rozpoczęty na totalnym luzie w postaci jakże przebojowej i radosnej ekipy General Surgery. Czego zabrakło? Niczego - kitle chirurgów, czy jak kto woli patologów, ufajdane radosne twarze w płynie krwiopodobnym, a z przodów sącząca się czysta patologia muzyczna. Nie wiem w jakiej kolejności - radość i wnikający alkohol dał po sobie znać: 'Slithering maceration of ulcerous facial tissue', 'Dedent sacrification aesthetics', 'Fulguration' oraz 'Necrodecontamination' tłum książeczek zdrowia wyciągnięty w kierunku sceny. 'Virulent corpus dispersement', liczę na to że niejeden maniak z radością wypowiadał radośnie tytuły owych opusów po dziesięciu festiwalowych sikaczach, 'Exotoxic septicity', 'Maggots', 'If these walls could talk'. Piękny początek festiwalu, jakże zacny i pełen radości tworzenia. Czas na totalny skok estetyczny - Crowbar. Będąc że ta powiem 'fanem' Down, czekałem na występ tej ekipy dosyć długo. Cóż, nie rozpieścili biorąc pod uwagę długość setu. Tylko cztery utwory jak się nie mylę, ale za to jakie: 'Cemetary angels', 'All I had (I gave) ' oraz 'Planets collide'. Czyste stoner'owe szaleństwo, ciężar i precyzja i to ultra niskie brzmienie. Tuż po godzinie 15:00, chyba czas na Jage. The Black Dahlia Murder - na zespół ten poszedłem tylko ze względu na znajomego i to tylko na chwilę. 'A shrine to madness', 'Moonlight equilibrium', 'What a horrible day to have a curse', 'Malenchantments of the necrosphere', 'Everything went black' i tak się stało. Bardzo mocno przewidywalna muzyka, radosne zagrywki a'la At The Gates nie pomogły, czas na kolejny Jage. Krisiun, jak zwykle nie zawiedli, ogromna dawka energii mimo chwilowych problemów z odsłuchami. Chwilka nerwów i jazda jak na kosie, 'The will to potency', kultowe jak dla mnie 'Combustion inferno', 'Bloodcraft', 'Vicious wrath'. Wszystko pięknie i selektywnie, 'kartofelki' jak zwykle gęsto. Poleciały 'Ravager', 'Kings of killing', 'Hatret inherit'. Czyste szaleństwo, czas się 'nawodnić'. Pora na mistrzów i kolejny 'wielki' powrót czyli Ministry. Miejsce strategiczne zajęte, czas niszczyć sobie słuch: 'Ghouldiggers, 'No W', 'Rio grande blood' oraz 'Lies lies lies'. Brak słynnych krat przed sceną, Al poruszający się po scenie jak Ozzy i zespół który przy scenie brzmi nieznośnie głośno i nieselektywnie. Czas przenieść się na 'Jaromerskie tarasy'. '99 percenters', 'Life is god', 'Waiting', 'Relapse', 'The last sucker' i czas na numer, na który czekałem (akustyk opamiętał się) 'Psalm 69'. Chwila konsternacji, patrząc na scenę obok, na której to montował się Dimmu Borgir (nigdy nie będę w stanie zrozumieć 'fenomenu' tego zespołu). Pora na Samael, prawie przespany, który to notabene rozpoczął się moimi faworytami w postaci 'My saviour' oraz 'Shining kingdom'. Sporo osób na forum narzekało na ich występ, cóż, nie wiem, być może zmęczenie oraz ilość alko, ewentualnie podniesione ciśnienie przed występem Nile dało o sobie znać. 'Rain', 'Of war', część tak zwanej twórczości, o której chyba nie warto wspominać po czym na koniec dla starych fanów 'Baphomet's throne'. Na dobry koniec dnia Nile, zespół według mnie posiadający najlepszego perkusistę świata w death metalu który marnuje się w najbardziej wtórnym zespole na tym poletku (fanów przepraszam, moje zdanie). Czy muszę wnikać w to co grali? Chyba nie ... jedyne na co czekałem to 'Black seeds of vengeance' zagrane oczywiście na samym końcu.




    Piątek, godzina 13:55 i strzał prosto w twarz w postaci Incantation!! Mistrzowie nad mistrzami i ich opętańczy bieg 'Primordial domination', 'Thorns of everlasting persecution', 'Absolved in blood', 'Hailed babylon' wręcz perfekcyjne brzmienie, blasty wybijane przez człowieka odpowiedzialnego swego czasu za perkusje w Mortician i wszystko zapięte na ostatni guzik. 'Lead to desolation', 'Rotting spiritual embodiment', 'Sacrificial sanctification'. Skok w dalsze regiony w postaci 'Dying divinity' po czym przepastne dźwięki w postaci 'The ibex moon' oraz 'Impeding diabolical conquest' – czysta klasyka. Oczywiście na koniec set'u pozdrowienia dla maniaków oraz licznej polskiej ekipy ostro działającej pod sceną. Zaraz po nich dosyć spora przerwa na różnego typu rozrywki z knedlikami i kurczakiem w tle po czym opętańczy bieg na występ Morgoth. Istna powtórka z Hellfest, same klasyki i kabaret starszych panów w postaci 'Body count' który notabene nokautował na starcie po czym 'Unreal imagination', 'Suffer life', 'Sold baptism' i tu łezka ponownie zakręciła się w oku. Dalej, 'White gallery', 'Burnt identity', 'Pits of utumno' i na piękny koniec 'Isolated' – Amen. Dla nich zrezygnowałem z Napalm Death i dobrze. Nasze Obscure Sphinx - przy paru okazjach szykowałem się na ich koncerty i ku mojemu zaskoczeniu tuż parę dni przed festiwalem zostali dołączeni (dziękuję). Występ miał miejsce na tak zwanej 'scenie trzeciej', którą notabene był hangar przeznaczony do celów sam nie wiem jakich ale nie koncertu. Cóż, sam zespół jak i akustyk dali z siebie wszystko, sam występ miał sam w sobie coś z formy misterium i to jakiego... nie będę wnikać w materiał, po prostu zagrali całe 'AIR' i tym mnie urzekli. Dziękuję Wam, zdeklasowaliście większość zespołów na tym festiwalu (tak Wy – Obscure Sphinx). Pig Destroyer, szczeknij do mnie a ja szczeknę do Ciebie. Apoteoza brudu, przemocy (muzycznej) i niekontrolowanych ruchów bez wnikania. Tak oto raodośnie zakończyliśmy dzień drugi.




    Dni ostatnie będą tymi pierwszymi a prędzej bogaty przejdzie przez ucho igielne niż festiwalowicz nie zacznie dnia piwem. Dzień rozpoczęty od występu ekipy z Aborted, widziałem ich występ na tegorocznej edycji Hellfest i stwierdzam (jeszcze trzeźwym okiem) iż nowy skład naprawdę daje radę. Totalny kop prosto w twarz w postaci 'Global flatline' i momentalnie przeszliśmy w stan śmierci klinicznej. 'Coronary reconstruction', 'Meticulous invagination', 'From a tepid whiff', 'Expurgation euphoria', szaleńczy biega za własnym ogonem przyśpieszony radosnym blastem w postaci 'The holocaust incarnate', 'The origin of diesase', 'Sanguine verses' oraz wręcz klasyczny 'Dead wreckoning', kończąc na 'The saw and the carnage done' (tak też się stało). Kolejnym zespołem na mojej liście zabaw miał być Sodom. Tak miał być, niestety zespół nie dojechał na teren festiwalu i nie było wiadomo czy w ogóle zagra na nim co dosyć dobitnie było widać po reakcjach maniaków. Cóż, jedyne co pozostało to skoczyć do miasteczka po piwo (niestety po raz kolejny nie dało się pić tego 'czegoś' zwanego piwem festiwalowym). Finntroll, radosne granie panów którzy za kołnierz nie wylewają. Jak zwykle z polotem, zabawnie i po trollowemu, 'Blodnatt', 'Drap', 'Under bergets rot, 'Nattfodd'. Perfekcyjne wręcz 'Slagbroder', 'Mot skuggornas varld', Solsagan', pełna radość, granie z perspektywą na brak kaca. Czas na występ mistrzów nad mistrzami, Immolation. Maszyna do zabijania odpalona, 'Close to a world below', 'Swarm of terror, 'Majesty and decay' już na początku pozbawili nas jakichkolwiek wątpliwości, iż będzie to najlepszy występ na tym festiwalu. 'What they bring', 'Into everlasting fire', 'Under the supreme', zero nadętych min, żadnego teatrzyku na scenie, tylko czterech facetów świetnie bawiących się tym czym jest prawdziwy death metal. 'Under the supreme', kultowe 'No Jesus, no beast' wspólnie wyśpiewane z publicznościa. Wszyscy na kolanach, włącznie z piszącym tą relację, 'Dawn of possesion', Immolation Immolation Immolation !!! Tuż po nich na sąsiedniej scenie, Six Feet Under – jak dla mnie zaskoczenie wieczoru. Byłem pod wrażeniem po ich występie na Neurotic Deathfest w Holandii, cóż nie wiem co na to wpłyneło być może holenderskie powietrze, kto to wie. Cóż prawie zachłysnąłem się gdy usłyszałem dwa kowery Cannibal Corpse, co jak co, bardzo, ale to bardzo odważne posunięcie ze strony Chris'a i spółki. Nie powiem, miło było po latach usłyszeć takie szlagiery wykrzyczane przez gardło pana który holenderskim powietrzem żyje. Koncert sentymentów trwa dalej. Kolejni na scenie At The Gates !!. 'Slaughter of the soul', 'Cold', 'Terminal spirit disease', łezka w oku, ciarki na plecach i ohydne wino w dłoni. 'Raped by the light of Christ', 'Under a serpent sun', 'Windows', 'World of lies', pamiętam chęć zmiany destynacji podczas jazdy na jedną z poprzednich edycji BA – cóż swego czasu tą nazwą korciła niemiecka konkurencja. 'The swarm', 'Suicide nation', 'Nausea', 'All life ends', 'Need', 'Blindead by fear', 'Kingdom gone', brak słów na to co miało miejsce wówczas na scenie jak i pod nią – po prostu At The Gates! Kubki z lodem przygotowane, ciepłe skarpetki również oraz czapki z pomponem, tak tak oto oni jedyni i niepowtarzalni Immortal!! 'Withstand the fall of time', 'Sons of northern darkness', 'Damned in black', 'Triumph', wszystko zagrane na totalnym luzie z bardzo dobrym brzmieniem i tym typowym Immortal'owym przytupem. 'The call of the wintermoon', 'In my kingdom cold', 'Tyrants', krabik za krabikiem i słynna luzacka konferansjerka Abbath'a. 'One by one' oraz 'All shall fall', uśmiechy na twarzy oraz dosyć konkretnie odczuwalny 'efekt cieplarniany'. Moonspell, występ dosyć średni bez tego dawnego polotu, 'Axis mundi', 'Alpha noir', 'Opium', 'Awake', bardzo ale to bardzo stabilnie z niedomagającym wokalistą. 'Em nome do medo', 'Vampiria', 'Alma mater; oraz 'Full moon madness' na otarcie łez. Podsumowaniem ich występu byłby cytat z tekstu pewnego polskiego zespołu: 'trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym ...'. Godflesh, perełka na która czekałem (i nie mówię tu o moim ulubionym piwie), tuż przed pierwszą nad ranem miał być ostatnim zespołem przeze mnie zaliczonym. 'Like rats', 'Christbait rising', 'Streetcleaner', idealne brzmienie, wizualizacje oraz psychodeliczne światła. Zespół ten wytworzył wręcz narkotyczną atmosferę. Pod sceną grupka tych, którzy wiedzą, znają i cenią. 'Avalanche master song', 'Spite', 'Mothra' oraz 'Crush my soul', moja dusza została wręcz zgnieciona, misterium nie występ - ot całe Godflesh. Na sam koniec Ci którzy nigdy nie zawodzą, Sodom! To dzięki nim tegoroczna edycja została przedłużona. W pełni gotowi by dobić nas na polu bitwy rozpoczęli od 'In war and pieces' po czym zaczęli egzekucję w postaci 'Sodomy and lust', 'M-16', 'Outbreak of evil', 'City of god', 'Blasphemer', 'Agent orange', 'Remember the fallen', 'Bombenhagel'. Jak wiadomo Tom i spółka nigdy nie zawalą i zagrają nawet za darmo poza kontraktem, brawa dla ekipy!



    Takim oto akcentem skończyła się siedemnasta edycja Brutal Assault, chyba najlepszy skład w historii tego festiwalu. Pogoda dopisała, systemy informatyczne padły formując bardzo długą, wręcz również już historyczna kolejkę, w której to podobno działy się niesamowite akcje. Wspaniali ludzie (jak zwykle pomijając parę osobników do których radośnie można pokazać środkowy palec), super atmosfera i bardzo dobra pogoda. Cóż, czym organizator zaskoczy nas podczas przyszłej edycji, czy uda się stworzyć jeszcze lepszy skład??


    Tekst: Paweł Migal
    zdjęcia: Rafał Kotylak
    (www.kotylak.pl)added by: Olo

Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.