THE BLUES MAGOOS
Psychedelic Lollipop

Debiut BLUES MAGOOS jest albumem definitywnie zapomnianym, między innymi z przyczyny takiej, iż jest to prawdopodobnie drugi w historii album, w którego tytule użyto słowa "psychedelic". Palma pierwszeństwa należy oczywiście do komando Roky Ericksona i gdyby nowojorczycy z Bronxu wydali swój album parę tygodni wcześniej - niewątpliwie mówiłoby się o nich trochę więcej. No ale niestety, Roky był pierwszy i chuj, BLUES MAGOOS, niczym Adaś Miauczynski z "Nic śmiesznego" zostają skazani na niepamięc jako "zawsze drudzy". Na marginesie dodajmy, że była jeszcze taka kapelka jak THE DEEP, której płyta ("The Psychedelic Moods Of The Deep") trafiła do sprzedaży prawdopodobnie jeszcze wcześniej (BM i 13th FLOOR ELEVATORS w listopadzie 1966, THE DEEP prawdopodobnie w październiku), ale z uwagi na brak oficjalnej daty wydania panowie w rankingu się nie liczą. Nieważne.
No więc BLUES MAGOOS są drudzy. Słusznie? Musi słusznie. Kapela nie miała jakiegoś wielkiego startu, udało im się wydać kilka takich o singli i podpisac kontrakt z Mercury Records, którzy wydali im debiutancki album, tu omawiany. Otwierający album singlowy utwór "We Ain't Got Nothin Yet" całkiem nieoczekiweanie wbił się na 5 miejsce listy hiciorów Bilboard, co dało kapeli kopa i pozwoliło im wydać kolejne trzy albumy, którymi jednak nie zdołali się w ogóle wybić. W 1967 roku supportowali na trasie THE WHO i HERMAN HERMITS, ale ogólnie nalezy przyjąc, że to taki "one hit wonder". Póxniej się rozlecieli i przez 40 (!) lat wydawało się, że są martwi. W zeszłym roku zmartwychwstali i stworzyli album, a jakże, "Psychedelic Resurrection". Nie słyszałem, ale podejrzewam, że szału nie ma.
Płyta jest krótka i bardzo nierówna. Stylistycznie jest to oczywiście sześcidziesiona na pełnej kurwie, więc jak ktoś ma alergię na takie klimaty, to niech nawet nie tyka. Muzycznie jest to rock może nawet bardziej garażowy niż psychedeliczny. Słychać tu THE BYRDS i papę DYLANA, trochę Beatlesów tez się znajdzie i tak dalej, co kto lubi. Są także psychedeliczne organki i harmonie wokalne, którym jednak brakuje dużo do finezji i wysmakowania THE BEACH BOYS. Dziesięc numerów, pół godziny, z czego mniej więcej osiem na podobne, równe, niezbyt wyszukane kopyto.
A więc, skoro wszystko wskazuje na to, że ta płyta jest taka o, to po co jej słuchać? Ano powody są dwa.
We Ain't Got Nothin Yet - FANTASTYCZNY NUMER. Wcale się nie dziiwię, że ten singiel wdarł się niespodzianie na listę przebojów, bo jest świetny. Zagrany z werwą i polotem, przestrzenny, momentalnie wpadający w ucho, pełen życia, mocy, skrzący się na lewo i prawo kolorowymi fraktalami. I jestem pewien, że większość forumowiczów pośrednio ten numer zna - charakterystyczny basowy pochód otwierający ten numer zajebało kilka lat później samo DEEP PURPLE, by wykorzystać go w swoim hicie "Black Night". Blus Magoos jednakowoż również prawdopodobnie tego motywu nie wymyślili - pochodzi on z "Summertime" w wykonaniu RICKY'EGO NELSONA, który to utwór pierwotnie skomponował... GEORGE GERSHWIN. Niektórzy twierdzą, że Purple ominęli BLUES MAGOOS i zerżnęli riff prosto od Nelsona, ale tak naprawdę chyba nikt nie wie jak było. Nieważne. Jaki ogień! jakie gitary! Gośc który brzdąka tu na gitarze ma SZESNAŚCIE lat, to się w głowie nie mieści. Jest to oczywiście dobrze skrojony, radiowy hicior, ale hicior znakomity.
Tobacco Road - a to dla odmiany cover. Ale cover bardzo dobry, w którym panowie, uwolnieni od rygorów radiowości, pozwalają sobie na jazdę po bandzie. Zaczyna się niepozornie, chociaż nie brak tu żywotności z poprzedniego numeru. Świetny, zadziorny wokal, charakterystyczne organy - jest spoko. Ale numer całkiem nieoczekiwanie z rockowej przeróbki folkowej piosenki z 1960 roku zamienia się nagle w prawdziwą, zakwaszoną psychedeliczną orgię z wyjącymi organami, bełkoczącym wokalistą i spazmatycznie wijącą się w lewo i prawo gitarą, Prosze panstwa, tutaj ktoś ewidentnie bierze narkotyki - oby nie ten szesnastoletni wioślarz :D Numer jest zaiste DOJEBANY i jest tu mnóstwo szalenstwa - absolutna perła wczesnej psychedelii.
A reszta? No reszta też jest, jakieś tam zapychacze. Poniewaz mam zwyczaj słuchac albumów w całości, toteż i Psychedelic Lollipop łykam w całości, ale tak naprawdę pozostałe numery są tylko dla die hard fanów garażowej psychedelii, którym wystarczy do szczęścia, że coś rzęzi, sa organki i że to z lat 60tych. Reszta raczej nie znajdzie nic dla siebie. Właściwie wybija się trochę tylko "Love Seem Doomed" - bardzo ładna ballada, jednakowoż nie wykazująca oznak geniuszu . Nie można powiedziec, że reszta jest zła, nie. Numery są dobrze zrobione, ale brakuje jakiejś bożej iskry, takiej jak w dwóch wyróznionych kawałkach.
No i do posłuchania:
- We Ain't Got Nothin Yet
- Tobacco Road