
DEEDS OF FLESH - Mark of The Legion (2001)
Jakiś czas temu odszedł z tego świata Erik Lindmark - gitarzysta i wokalista kalifornijskiego zespołu DEEDS OF FLESH oraz współwłaściciel wytwórni płytowej Unique Leader Records. Zamiast czcić jego pamięć na marszach i miesięcznicach, postanowiłem uhonorować tego muzyka w inny sposób. Mam nadzieję, że opis czwartego, chyba najlepszego albumu studyjnego Deeds Of Flesh, będzie prawdziwym i wiarygodnym świadectwem tego, jak zespół ten wymiatał, bowiem kalifornijczycy zdecydowanie mieli czym się pochwalić.
Na przestrzeni lat, zespół DEEDS OF FLESH wypracował sobie własny, rozpoznawalny styl muzyczny – szybki, brutalny i dynamiczny death metal, który można określić jako doskonałe połączenie i twórcze rozwinięcie klimatów znanych z najlepszych dokonań SUFFOCATION i DEICIDE. Ten sposób gry został przez Erika Lindmarka i kolegów do tego stopnia rozwinięty i udoskonalony, że stał się wzorcowym stylem kalifornijskiego podziemia death metalowego przełomu 20. i 21. wieku. Cała masa młodych zespołów z Zachodniego Wybrzeża i innych rejonów Ameryki chciała grać jak Deeds of Flesh, a jeszcze lepiej - wydać swoją płytę dla Unique Leader, którą to wytwórnię muzycy Deeds of Flesh prowadzili. Panowie zrobili wiele dobrego dla sceny, dając podziemnym zespołom możliwość rejestrowania płyt w dobrych studiach nagraniowych i wydawania ich w profesjonalnych szatach graficznych, jednak jest to temat na odrębną dyskusję.
Ukoronowaniem bardzo wytrwałej i rzetelnej pracy, jaką zespół DEEDS OF FLESH włożył w rozwój swojego warsztatu kompozytorskiego i wykonawczego, jest album ‘’Mark of The Legion’’ z 2001 roku – potężny i zabójczo brutalny death metalowy monolit, który nie ma absolutnie żadnych słabych stron. Doskonałe są tu riffy, przejścia, zagrywki, wokale a także to jak posklejano poszczególne motywy muzyczne w całość. Deeds of Flesh zawsze grał tak, że ich muzyka, mimo skomasowania i intensywności wydawała się ‘’płynąć’’ i w specyficzny sposób kołysała słuchacza. To rezultat nie tylko stosowania odpowiednich nut i tonacji, ale także umiejętnego łączenia ze sobą pojedynczych motywów muzycznych tak, by układały się one w konsekwentny ciąg i co za tym idzie - aby muzyka wprowadzała słuchacza w rodzaj transu. Trudno nie docenić tego, w jak misterny sposób poszczególne kawałki są skomponowane. Jest to jedna z niewielu tak brutalnych płyt, których można słuchać także po cichutku, w skupieniu i delektować się czymś, co śmiało można nazwać ‘’wartością artystyczną’’.
A jednak jest to ultra-brutalny album, którego siła i intensywność może zaskoczyć wielu słuchaczy i niejeden już po usłyszeniu pierwszych taktów będzie zbierał zęby z podłogi. Duży wpływ na taki odbiór tego materiału ma brzmienie, które jest po prostu doskonałe! Idealnie selektywne, przestrzenne, dosyć ponure i bardzo, bardzo skomasowane. Tak znakomita produkcja to rzadkość nawet wśród zespołów posiadających o wiele większe środki na nagrania, a w przypadku zespołów podziemnych to doprawdy ewenement. ‘’Mark of The Legion’’ może służyć jako wyznacznik jakości produkcji dźwięku na albumach death metalowych - niekoniecznie samego stylu produkcji, bo są też inne odmiany brutalnego death metalu, które wymagają zupełnie odmiennego podejścia do kwestii brzmienia – ale właśnie jest to pewien przykład na to, jak brzmienie podnosi ogólną ocenę krążka i że warto trochę dłużej posiedzieć w studiu nagraniowym.
Potężne brzmienie. Brutalne i ponure riffy. Ambitne i złożone kompozycje. Wysokie umiejętności techniczne muzyków. Własny styl zakorzeniony w klasyce death metalu z pierwszej połowy lat 90. ‘’Mark of The Legion’’ to jedna z najlepszych płyt z brutalnym death metalem, jakie kiedykolwiek nagrano. Przyszło mi nawet do głowy, może ze względu na tytuł tego krążka, że czwarty album DEEDS OF FLESH to jest monolit pod wieloma względami porównywalny z DEICIDE ‘’Legion’’. Jest tak samo koherentny i pozbawiony czegokolwiek, do czego można by było mieć jakiekolwiek zastrzeżenia.

Erik Lindmark (1972-2018)