reviews



  • Church of Misery - "And Then There Were None..." 2016 / 6CD
    RISE ABOVE RECORDS
    JAPAN

    Church of Misery - And Then There Were None... Większość z nas by się poddała. Ja na pewno tak. Jakiś czas temu szeregi Church of Misery opuściło 3/4 składu. Na pokładzie pozostał jedynie kapitan i basista w jednym, czyli Tatsu Mikami. Zamiast po ludzku dać sobie spokój z tym całym muzykowaniem, bądź dołączyć do innej kapeli, nasz bohater poszedł pod prąd. Skomponował całość muzyki na nową płytę i dobrał sobie odpowiednich współpracowników. Analizując skład, który zarejestrował "And Then There Were None...", ciężko oprzeć się wrażeniu, że to jedynie projekt stworzony na potrzebę chwili. Zresztą wszelkie wątpliwości rozwiewa adnotacja zamieszczona wewnątrz okładki. Jak byk stoi, że płytę stworzył Tatsu Mikami w kooperacji z pozostałymi trzema muzykami. Na pokładzie znalazł się Scott Carlson, powszechnie znany jako basista/wokalista kultowego Repulsion. Z racji mega odległości dzielącej grindcore od doom metalu, obecność Carlsona na tle pozostałych wydaje się najbardziej zaskakująca. Trzeba jednak pamiętać, że to nie pierwsza przygoda twórcy "Horrified" z doom metalem. Na "The Last Spire", pożegnalnym albumie Cathedral, Carlson ciągnął za grube struny. Tym razem przejął obowiązki wokalne. Oprócz niego na pokładzie znaleźli się ludzie, którzy z niejednego doomowego pieca chleb jedli. Perkusista Eric Little gra na co dzień pogrzebowe rytmy u boku Dave’a Shermana w Earthride, zaś gitarzysta Dave Szulkin produkuje się w Blood Farmers. Nie wiem w jaki sposób powstawała płyta kapeli złożonej z jednego oryginalnego członka oraz ekipy najemników, lecz należy stwierdzić że tak egzotyczny kolektyw brzmi wyśmienicie. Można odnieść wrażenie, że panowie znają się jak siwe konie, zaś proces rejestracji "And Then There Were None..." to po prostu kapitalny pretekst by starzy znajomi mogli spotkać się po latach. Naturalne, analogowe brzmienie ukazuje kapelę, która świetnie prosperuje pogrążając się w oparach Sabbath’owej spuścizny. Słychać to zwłaszcza, gdy w utworach powstaje miejsce na swobodniejsze, wręcz bluesowe granie. Przyznam, że podczas pierwszego odsłuchu miałem pewien problem z tą płytą. Gdy już na dobre rozkręcił się otwierający płytę "The Hell Benders", w mojej mózgownicy eksplodowała wątpliwość, czy aby na pewno Światu potrzebna jest kolejna wariacja na temat "Paranoid", "Master of Reality" i "Vol. 4". Przecież płyt o tematyce pokrewnej powstało bez liku. Wątpliwość owa rozwiewała się stopniowo podczas kolejno następujących po sobie taktów. No bo przecież muzyka ma także bawić, a ja przy "And Then There Were None..." bawię się świetnie. Wypada nadmienić także, że Church of Misery to nie jest kolejna sezonowa gwiazdka wyrosła na retro trendzie. Kapela działa od 1995 roku, ma na koncie sześć dużych płyt i sporo pomniejszych wydawnictw. Trudno więc odmówić Tatsu Mikami determinacji i właściwej motywacji. Ten stary wyga i równocześnie wielki fascynat doskonale wie dokąd zmierza, potrafi tworzyć świetne riffy i zgrabnie je aranżować. Poza tym to nie tak, że na "And Then There Were None..." brakuje elementu zaskoczenia. W tym miejscu muszę wspomnieć o wokalach Carlsona, zwłaszcza tych prowadzonych w wyższych rejestrach. Okazało się, że ikoniczna postać grindcore’a doskonale odnajduje się w tego typu stylistyce i podołała wyzwaniu w zaskakująco chwytliwym i śpiewnym stylu. Zresztą całokształt "And Then There Were None...", pomimo zdecydowanie odtwórczej natury, broni się niespodziewanie dobrze. Płyta zdecydowanie warta poświęconego jej czasu i pieniędzy.

    www.churchofmisery.net
    www.facebook.com/pages/Church-of-Misery-Official/201919249863326
    www.riseaboverecords.com
    www.facebook.com/riseaboverecordsRobert Jurkiewicz ________8,5 search for Church of Misery
  • listen and enjoy!




Nuclear Holocaust

Jest old school, bo nie zagraliśmy ani jednego oryginalnego dźwięku, kawałki są krótkie, jest w nich mnóstwo thrashu i punka, szczypta death metalu – to dla wielu będzie właśnie przepisem na grindcore, zmieniają się tylko proporcje. Nie boli nas ta łata, nie chce nam się też szukać innej.

Ulcer

Może dzięki uwielbieniu Dissection jest na Heading Below więcej melodii? Może za sprawą Testimony of Ancients znalazły się klawiszowe podkłady? Być może dlatego, że kochamy Autopsy jest więcej tłustych zwolnień? Jakoś tak to wszystko naturalnie przyszło.

Echoes of Yul

Granie w pojedynkę, miksowanie, itp. to trochę wymóg sytuacji w jakiej jestem kiedy trudno jest znaleźć kogoś nadającego na podobnych falach, ale są plusy: gram kiedy chcę, muzyka ma spójną wizję i nie idę na żadne kompromisy.